• Wpisów:698
  • Średnio co: 2 dni
  • Ostatni wpis:3 dni temu
  • Licznik odwiedzin:26 736 / 1405 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
zaczyna się moment, w którym coraz więcej o nim myślę, co za tym idzie chyba zaczynam go lubić, przy czym jednocześnie odczuwam lekki strach i przerażenie. boje się, że znów źle wybiorę, zranię siebie albo jego. za razem chcę w to brnąć i czuję, że nie widziałam go od 3 dni, i chciałabym go zobaczyć. a z drugiej strony czuje, że to wszystko nie idzie tak szybko, jest dziwne, jest szalone ale wciąż zdaje się być takie ułożone, a nawet dość dojrzałe w swojej niedojrzałości.
ale jest jedno `ale`, które osobiście mi zupełnie nie przeszkadza, ale wiem, że innym będzie na pewno, w tym moim znajomym, rodzinie -pochodzenie.
ale chuj wie, może za parę dni nie będziemy się już znali? ludzie szybko przychodzą i odchodzą.
  • awatar tyle.: wydaje mi się, że pochodzenie nie będzie problemem jeśli zacznie wam zależeć na sobie. To twoja prywatna sprawa, rodzice tak naprawdę niewiele powinni grać w twoim życiu miłosnym :) Crazy is majority rules
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
moje życie jest po prostu jednym wielkim rollercoasterem. wszystko zmienia się strasznie szybko, raz jestem w górze, na którą wjeżdżam z ogromną prędkością, potem równie szybko zjeżdżam w dół i znów wjeżdżam do góry, tym razem wolniej, by zakręcić koło, na którym chwilę zatrzymam się do góry nogami. gdzie pojadę teraz nie wiem? wiem, że mój rollercoaster, tym razem jest totalnie na szalony, ale jednocześnie totalnie ostrożny. staram się uczyć na błędach, ale wciąż stawiając sobie ogromne wyzwanie. po za tym rozwijam się i inwestuje w siebie, abstrahując od tej metafory. jest cudownie, choć ciągle jestem przemęczona, dużo pracuję, uczę się i jestem strasznie zajętym człowiekiem, kocham to od zawsze, obawiam się, że mogę wiele rzeczy nie udźwignąć jednakże nie poddaje się. jak na razie wszystko układa się na prawdę pięknie. i poznałam kogoś. staram się być zdystansowana, choć zdecydowanie zaczynam coś czuć, nie wiem co, na pewno to jeszcze nie jest miłość. nie śpieszę się, nie chcę i tak jest naprawdę dobrze. na razie on to szanuje, a nawet przyznał, że fakt że z niczym nie chcę się spieszyć, i że nie pozwalam sobie na zbyt wiele, sprawia że coraz bardziej pragnie mnie poznawać, starać się i docenia to jaka jestem. jak bedzie? chuj wie. początki zawsze są inne, a ja tym razem nie chcę nic udawać. dziękuję dobranoc.
 

 
czy ja kiedykolwiek się ogarnę emocjonalnie? chyba nie.
nic nie poradzę, ze ja tak kocham ryzyko, że ja tak kocham szaleństwo. dostaje po dupie, wstaje i szaleje dalej.
kurwa niech pojawi się ktoś kto w końcu zacznie szaleć tylko ze mną, niech pojawi się ktoś z kim będę mogła wszystko.
tak spotykam się z kimś, ale czy mu na prawdę zależy? nie wiem,
czy mogę mu w pełni ufać? nie wiem.
znamy się krótko, i tym razem nie mam zamiaru się z niczym śpieszyć. tym razem zachowam się jak należy, albo to doceni i będzie chciał czekać i będzie stopniowo za mną podążał, albo niech spierdala.
nie mam żadnego problemu ze znalezieniem sobie faceta, ale to nie na tym rzecz polega, bo ja nie chce faceta, ja chcę kogoś wyjątkowego.
chcę byśmy oboje na siebie zasługiwali. nic więcej.
 

 
teraz ? znów jestem wolna, ale inaczej wolna. jestem wolna od uczuć do byłych. nie czuję już nic względem byłego z okresu wakacji, ani ostatniego nieudanego związku. ale poznałam kogoś, co z tego będzie nie wiem, niedługo się zobaczymy. jedno wiem, czuję maksymalną ekscytację, uśmiecham się do tego pieprzonego telefonu jak nienormalna, a jego głos? mogłabym go słuchać całymi dniami, z rana i do snu. co będzie? nikt nie wie. ale mam dobre przeczucia.
dogadujemy się niesamowicie. jednak też nie w naszych rodowitych językach, popełniam błąd angażując się w relacje z obcokrajowcem po raz kolejny? kto wie. czas pokaże.
 

 
wszystko się pozmieniało. życie zaskakuje, ale już mnie to zupełnie nie dziwi i co jest najlepsze? kocham to. czuje, że wszystko co się dzieje, ma się właśnie dziać, mam na to ogromny wpływ bo wszystkie moje czynny składają się na to jak toczy się moje życie, jednakże wciąż gdzieś głęboko mam to wrażenie, że właśnie tak miało być. mój związek rozpadł się. i dał mi wiele do myślenia. od początku był skazany na porażkę i najgorsze jest to, że dobrze to wiedziałam. po części jest to moja wina, gdyż zaczął się w bardzo nieodpowiednim momencie, wciąż w głowie miałam przeszłość, wciąż w głowie miałam chłopaka, którego pokochałam latem, o którym tak wiele tu pisałam, którego tak bardzo chciałam spotkać i spotkałam. nie będę kłamać, na początku tego związku na prawdę było cudownie, czułam się bardzo dobrze w towarzystwie mojego byłego, nie czułam może prawdziwej ekscytacji, tej takiej gdy jebnie cię jak z procy. ale wiedziałam, że mogę coś do niego poczuć, więc dbałam o ten związek i starałam się go pielęgnować. dawałam z siebie wszystko co najlepsze, jednak w pewnym momencie, przez wiele przeszkód, które stanęły nam na drodze wszystko zaczęło się komplikować i on zaczął pokazywać zupełnie inną twarz, swoją prawdziwą twarz.
uświadomiło mi to jak bardzo często niektórzy pokazują nam się z zupełnie innej strony, wszystko idealizując, by nas do siebie przekonać, a potem w obliczu przeszkód, szybko okazuje się, że osoba na której tak Ci zależało zwyczajnie gdzieś zniknęła.
Przestałam go poznawać, a ze spotkania na spotkanie widziałam zupełnie kogoś innego, kogoś kto bardziej odpychał mnie swoim zachowaniem, niż do siebie przyciągał. tak chyba nie powinien wyglądać związek, który trwa niecały miesiąc czasu ? to nie ten moment kiedy wszystko jest piękne i emocjonujące?
zaczęłam czuć, że jestem wykorzystywana, a co najgorsze zauważać, że ktoś próbuje wzbudzić we mnie poczucie, że jestem najgorsza, jednak znam swoją wartość i nie pozwolę na coś takiego nikomu, nawet komuś na kim względnie mi zależy.
Te zachowania doprowadziły mnie do momentu, w którym złapałam się na myśleniu ` łatwiej będzie mi się żyć bez niego, mam dość, nie wytrzymuję, chcę to skończyć`. jednak przez parę kłótni, postanowiłam, że się nie poddam, starałam się, ostatecznie po tym jak uzyskałam wystarczającą ilość dowodów na brak szacunku, zakończyłam tą mękę. teraz?
 

 
jest cudownie.
mój mężczyzna pasuje do mężczyzny o jakim zawsze marzyłam, do mojego ideału, którego nigdy nie szukałam, bo byłam pewna, że to nie o to chodzi w miłości, wciąż to wiem, wciąż na to nie zwracam uwagi, jednak trafił się. przystojny obcokrajowiec, z brązowymi a wręcz czarnymi pięknymi, dużymi oczami, które potrafią rozpalić mnie do czerwoności, ale także rozbawić i zmiękczyć jak małą dziewczynkę.
z ciemnymi włosami, ciemnym zarostem, boże przecież ja uwielbiam zarost, brodę u mężczyzn. z gustem, zadbany, ubrany, zawsze w punkt.
a co najważniejsze, starszy ode mnie o 5 lat, dojrzalszy od całej reszty, ambitny, po studiach. dwie prace, prawo jazdy, nawet samochód, który nie jest mi tu wcale potrzebny, bo najważniejszy jest fakt, że był na tyle mądry, żeby zrobić prawo jazdy, nie to czy ma czym jeździć. ale jak już tak wymieniamy to jest to również jakaś kwestia na plus.
ma identyczny charakter jak ja, czy to dobrze? sama nie wiem, bo jestem paskudna, ale przynajmniej nie jestem w tym sama.
nie lubi się nudzić, jest porywczy, emocjonalny, co sprawia że nudno nie jest nawet jeśli nie robimy nic nadzwyczajnego. jest czuły, nie wstydzi się wyrażać emocji, kocha mnie mocno, dba o mnie, opiekuje się mną, czasem mnie wychowuje, to znaczy stara się mnie ujarzmić i o dziwo, z trudem, bo do łatwych nie należę, udaje mu się to.
jest dla mnie wszystkim, przyjacielem, starszym bratem, tatą, kochankiem i miłością.
jestem najszczęśliwszą kobietą na ziemi, i w życiu nie spodziewałam się, a może przynajmniej od jakiś kilku lat mojego życia, nie spodziewałam się, że mogę być kobietą zakochaną. pomocną, opiekuńczą, tak czułą, że mogę się tak zaangażować.
kocham go. nie chce nikogo innego, już nigdy. wiem, wszystko moze się stać i zmienić, ale na ten czas jest tak i nie chce inaczej.
 

 
z dnia na dzień kocham go coraz bardziej. jesteśmy identyczni, czasem ten fakt sprawia, że ciężko jest nam się dogadać, gdy mamy inne zdanie na pewien temat, często reagujemy tak samo, tylko ze każdy na myśli ma co innego. ale ostatecznie zawsze dochodzimy do wniosku, że nie ma sensu się kłócić, łatwo wybuchamy i tak samo łatwo się uspakajamy. jeden drugiego nie rozumie, choć w głębi duszy rozumie.
czas sprawia, że przywiązuje się do niego coraz bardziej, kocham go coraz bardziej, jestem w stanie dla niego zrobić coraz więcej i ufam mu coraz bardziej. wiele przeżyłam, wiele odwaliłam w te wakacje, i początek był dla mnie dość ciężki, jednak każdy dzień pokazuje mi, że przeszłość jest przeszłością, a to co jest teraz jest czymś cudownym i może w przyszłości stworzyć coś niesamowitego. takiego związku jeszcze nigdy nie miałam, miałam trudne związki, ale ten jest wyjątkowo ciężki. piękny, pełen miłości, uczuć, pożądania, chemii, namiętności, ale i delikatności i czułości. jednak jest wiele barier, które sprawiają trudności, przede wszystkim język, stajesz w momencie, kiedy chcesz powiedzieć wszystko, opisać w szczegółach, ale nie masz na tyle umiejętności by to zrobić w nie twoim języku. jednak wiem, że z czasem jeśli tylko będziemy się starać, uczuć i będziemy wciąż razem, zburzymy tą barierę. to nie jest trudność, która miałaby duży wpływ, czasem ma, jednak zawsze da się ją obejść, nie jest to coś czego nie da się znieść, co mogłoby zniszczyć uczucia.
 

 
jeden dzień i jedna noc bez niego, a ja już tęsknie jak wariatka.
chyba zaczynam czuć miłość.
 

 
i stało się. jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. mam najwspanialszego mężczyznę na świecie i nie mam zamiaru wypuścić go z moich rąk. sama nie pozwolę wypuścić się z jego rąk.
ten związek trwa dosłownie kilka dni, ale mogę śmiało stwierdzić, że nigdy nie byłam w tak cudownej relacji. nigdy nie czułam się tak doceniana. nigdy nie poznałam tak cudownego mężczyzny, jest po prostu spełnieniem każdego mojego wymagania. tyle uczuć, tyle niezrozumiałych emocji. zawładnął moim sercem, ale nie zawładnął moim zdrowym rozsądkiem. jestem jego, ale jednocześnie jestem sobą. moje serce należy do niego, ale ja sama wciąż należę sama do siebie. fakt, że jest obcokrajowcem nie zmienia nic. język nie stanowi bariery, choć oboje wciąż się go uczymy, to potrafimy dogadać się bez żadnego problemu. jest mądry, ambitny, ma cel w życiu, idealny pogląd na związek, miłość, życie. jesteśmy identyczni, mamy podobne doświadczenia, identyczne poglądy i sposób myślenia. zdecydowanie czuję, że trafiłam do raju.
  • awatar ♡foodiebaby♡: Hah, moj tez jest obcokrajowcem I tez mnie pokochal jak Nikt przedtem :3 skad jest twoj dokladnie?
  • awatar casualx: @Sylwia Lisiewicz15: nie wiem jak długo to będzie trwać, pragnę by nigdy się nie kończyło, ale życia nie przewidzę. jednakże też myślałam, że nigdy nie trafię na kogoś takiego, zaczynam wierzyć, że jak coś ma się stać to się stanie, każdy ma jakieś przeznaczenie, wystarczy tylko nie bać się ryzykować.
  • awatar Sylwia Lisiewicz15: Chciałabym kiedyś móc tak powiedzieć..
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
zaczyna się. jak tylko z nim nie rozmawiam, czuję że czegoś mi brakuje. zaczyna się, zaczynam myśleć o nim całymi dniami.
 

 
po prostu weź mnie pod swoją opiekę. złap mnie za rękę, przyciągnij do siebie, obejmij mnie swoimi ramionami, spraw że poczuję się w nich bezpiecznie, spójrz w moje oczy, powiedz jak bardzo Ci zależy, powiedz że już nigdy mnie nie puścisz, zmuś mnie, zmuś mnie sobą, żebym nigdy nie chciała wydostać się z tych ramion. chcę wtulić się w ciebie, chcę położyć głowę na twojej klatce piersiowej, i chcę tak zastygnąć na parę chwil. później spojrzeć w twoje oczy, powiedzieć że jestem twoja i pocałować Cię, chcę żeby nasz świat zatrzymał się, gdy cała reszta biegnie wokół. chcę uciec od wszystkich wspomnień, zostawić je gdzieś głęboko na dnie, i stworzyć nowe z tobą.
nie pozwól mi odejść. nie pozwól mi na to, bo jeśli to zrobię to będzie największy błąd mojego życia.
 

 
chcę go zobaczyć. wtulić się w niego i poczuć, że chce zostać w tych ramionach już na zawsze. tęsknie za nim. chcę go pocałować, poczuć smak jego ust. jeszcze tylko 2 dni. żadne pierdolenie o narodowości, rasie, kolorze jego skóry, języku, kulturze nie zmieni tego czego pragnę.
jest identyczny jak ja, ma takie same poglądy jak ja, na temat kultury, religii, ludzi. jest bardziej europejski niż nie jeden europejczyk.
piedolcie się wszyscy. bo biały to lepszy? chuja prawda. biali ludzie są największymi szmatami na świecie. jak można myśleć, że jest się lepszym, od kogoś kto jest innej rasy? jestem rasistką dla rasistów.
czuję w sobie teraz ogromną ochotę na to by położyć się obok niego i powiedzieć mu co czuję.
 

 
chcę być z nim. chcę go pokochać. nie ważne na jak długo, jeśli się uda na zawsze, jeśli się nie uda, na chwilę. ale chcę go.
jako przyjaciela, brata, ojca, i cudownego mężczyznę, mojego mężczyznę.
pierdole, język, pierdole pochodzenie, bądź skąd chcesz, najważniejsze, że jesteś tu na miejscu, że mogę cię dotknąć, że będziemy mieszkać od siebie niecały kilometr, że w każdej chwili mogę się z tobą zobaczyć, przytulić wypłakać, wykrzyczeć, pocałować.
że jesteś kurwa obok. że jesteś dla mnie, że mogę być dla ciebie.
chuj, że nie powiem wszystkiego tak dobrze jak zrobiłabym to po polsku. dajmy sobie chwilę i będziemy po angielsku rozumieć się jeszcze lepiej, choć już rozumiemy się perfekcyjnie.
parę słów dla samej siebie?
nie spierdol tego, jest cudownym mężczyzną, który za tobą szaleje z dnia na dzień coraz bardziej, daj temu szanse, daj się pokochać, udowodnij sobie, że kochasz samą siebie. bo jeśli spierdolisz to co poczułaś, jeśli spierdolisz tą znajomość, jeśli zranisz tego mężczyznę, to znaczy, że nie masz do siebie szacunku. po raz kolejny zostawiając kogoś, dla kogo znaczysz tak wiele, pokażesz jak mało sama znaczysz dla siebie.
chcę za parę dni napisać, że jestem w szczęśliwym związku, kurwa zrobię to! oczekuje tego posta, on się tu pojawi.
jestem szczęśliwa już dziś, niedługo będę w siódmym niebie.
nie ogarniam co dzieje się z moim życiem.
 

 
od teraz wszystko się zmieni, wszystko się zmieni na lepsze. za moment, będę najszczęśliwszą kobietą na świecie i całą przeszłość, odkreślam wielką, grubą, długą linią.
czas, pozbierać swój rozjebany mózg i swoje rozjebane serce. czas stać się kimś dojrzalszym, nigdy nie zrezygnuje z wariactwa, ale teraz chcę to wariactwo dzielić z tylko jedną osobą.
mam dość, przygód na chwile. przeżyłam wiele pięknych chwil, bawiłam się niesamowicie, wakacje były najszaleńszymi wakacjami mojego życia, i wiele rzeczy z nich nie dowie się nikt, zabiorę je ze sobą do grobu. tego co przeżyłam nikt mi nie odbierze, i nikt nie przeżyje tego co ja, mogą zazdrościć, wyjebane. co moje to moje.
ale wakacje się kończą i czas wrócić do normalnego życia.
 

 
przypominam sobie te wszystkie przegadane noce. te wszystkie obietnice, te wszystkie uczucia, te wszystkie zdjęcia. to było piękne, ale teraz chciałabym, żeby to było dalekim wspomnieniem, chcę nabrać do tego ogromnego dystansu. bo wczorajsze spotkanie, sprawiło że byłam szczęśliwa, dało mi nadzieję na nadchodzące dnie, może moje przyszłe życie. i co mnie dobija?! że wszystko tak szybko daje mi nadzieje, wszystko tak szybko potrafię przeistoczyć w plany na przyszłość. a po chwili, tak samo szybko wszystko zwyczajnie upada. chciałabym by tym razem tak nie było. ale boje się, że nie zasługuje na to szczęście.
bardzo dużo myśli, uczuć, emocji zwyczajnie mnie rozpierdala.
popełniłam w te wakacje mnóstwo błędów, i jest mnóstwo takich, których bym nie cofnęła, ale są dwa bardzo duże, których żałuje. bo zraniłam, ktoś inny zwyczajnie miałby to gdzieś, mnie męczą wyrzuty sumienia..
 

 
te wakacje, rozjebały mi mózg maksymalnie. nigdy nie wydarzyło się tyle rzeczy, a z roku na rok odpierdalam coraz bardziej. i mam już tego dość. nie wiem ile razy jeszcze będę to powtarzać, ale pragnę w końcu stabilności. chcę już końca tych wakacji. chcę wrócić na studia, do pracy, chcę znaleźć kogoś, i może już znalazłam. jak na razie wszystko układa się idealnie i to sprawia, że strach rozpierdala moją głowę i serce. bo czuje i wiem, że nie zasłużyłam.
 

 
kurwa, wróciłam. co to było! najlepsze wakacje mojego życia. siedem dni, a wydarzyło się tyle rzeczy jakbym była tam co najmniej pół roku!
teraz czas wrócić do rzeczywistości, obudzić się i zadbać o siebie, zadbać o moją nową relację. nie jest łatwo po tym wszystkim co miało miejsce tam.
bo spotkałam go, spotkałam miłość moich wakacji, i nie byłam obojętna. poczułam wszystko, wszystkie obietnice, wszystkie wyznane uczucia, był dokładnie taki jak sobie go wyobrażałam, po prostu poczułam, że moje serce znowu bije szybciej i ktoś złapał je mocno swoją dłonią, starając się je uspokoić, powodował szybsze bicie.
spędziliśmy ze sobą mnóstwo czasu, spełniliśmy wiele swoich obietnic, to co tak bardzo chcieliśmy robić, o czym tak wiele razy rozmawialiśmy, czułam że go kocham. czułam jakby to wszystko co miało miejsce wcześniej nie miało żadnego znaczenia. jednak miałam i mam świadomość, że to nie ma sensu. nie bez powodu zakończyłam ten związek, ta odległość nie jest dla mnie, ja tego nie udźwignę, moje życie jest w tutaj, tam byłam tylko na chwile i czas to oddzielić wielką, grubą linią. nie mogę naiwnie wierzyć, że to jest realne. i tracić życia jakie mam tutaj. jeśli jesteśmy sobie pisani będziemy ze sobą prędzej czy później. póki co w głowie mam realne życie, które mam tu, i nim będę żyć, i w nim może będę żyć z kimś, kto stara się o mnie, i ja chcę dać mu szansę. chcę być szczęśliwa tu, a nie nie szczęśliwa na odległość.
 

 
To były bardzo ciężkie jakieś 2 tygodnie. tak rozjebana emocjonalnie dawno nie byłam. nawet prawie tu nie pisałam, bo nie chciałam uświadamiać sobie tego, jak bardzo wszystko zaczyna się sypać. Było perfekcyjnie, byłam przeszczęśliwa, poznałam cudownego mężczyznę, który traktował mnie jak księżniczkę, wierzyłam we wszystko i uświadomiłam sobie, że jeśli tylko chcemy wszystko jest możliwe. Był pozytywnym człowiekiem, rozśmieszał mnie, pocieszał, wspierał i interesował się moim życie. Rozmawialiśmy dniami i nocami, o wszystkim, czuliśmy się wspaniale, przynajmniej ja się czułam. I w pewnym momencie, zaczęły się pojawiać problemy. Te problemy nie były moje, tylko jego, jednak czułam, że są moje. Czułam, że go kocham, więc chciałam brać udział we wszystkim, chciałam go wspierać, pomagać, pocieszać. Czułam się fatalnie, z faktem, że nie mogę go dotknąć, pocałować, przytulić, oderwać od tego gówna, które mu się przytrafia, choć wiedziałam, że te problemy obiektywniej patrząc nie są końcem świata. Jednak on nie chciał wierzyć, stał się kimś kogo zupełnie nie znałam, najbardziej negatywną osobą. Ciągle miał zły humor, a to uderzało we mnie z ogromną siłą, dni miałam fatalne, bo przejmowałam się nim, a atmosfera rozmowy zupełnie mi nie pomagała. Z dnia na dzień, problemów nagromadzało się coraz więcej, z dnia na dzień mówił, że mnie kocha i że wciąż zależy mu tak samo, ale potrzebuje czasu. Z dnia na dzień czułam się coraz bardziej odsuwana, ignorowana. I nie bałam się mówić o tym jak się czuję, z dnia na dzień miało się to zmienić. Jednak się nie zmieniło. Parę dni bez rozmowy, w związku w którym macie tylko rozmowy, nie, tak się nie da. Pojawił się ktoś, tak i dziękuję za to. Dzięki temu, że ktoś pokazał mi, że moje problemy i życie w tym momencie też mają znaczenie, uświadomiłam sobie, że to stało się toksyczne, że to nie w tym człowieku się zakochałam. Że ja już nie znam tego z którym rozmawiam.
Teraz jesteśmy tylko przyjaciółmi. Zakończyłam ten związek, bo zwyczajnie to nie miało sensu. Ale wciąż jestem dla niego, wciąż mi na nim zależy, a teraz w sercu czuje pustkę. Ale przynajmniej wszystko jest stabilne, a moje emocje już są spokojne.
 

 
bardzo dużo się dzieje. nie spodziewałam się takiego przebiegu wydarzeń. jednakże z dnia na dzień, coraz mniej go pragnę. to ja nie dojrzałam ? on, czy oboje? tak strasznie ciężko jest wspierać kogoś kto jest tak daleko. jak mam ufać, że to wszystko jest prawda? jak ufać, że to co się dzieje w jego życiu to nie jakieś wymówki? jak mam to wszystko rozumieć? nie wiem. wiem, że starałam się bardzo mocno, naprawdę bardzo się angażowałam. ale z dnia na dzień, brakuje mi siły i cierpliwości. i nie do wspierania, bo mogę to robić, ale chyba zwyczajnie do kochania. poznaję teraz kogoś zupełnie innego. prosisz o czas, mówisz że jak tylko poukładają się te kwestie które się zjebały, wrócisz będziesz tym samym sobą w którym się zakochałam. ale ile to będzie trwało? zdążysz to zrobić do mojego przyjazdu? czy ja jeszcze chcę Cię widzieć? ja już sama nie wiem. chcę, ale wokół są ludzie, którzy nie tylko siedzą w swoich problemach, interesują się też moimi. nie oczekiwałam tego od Ciebie, bo ja w brew pozorom nie mam żadnych, ale jednak brak jakiejkolwiek troski, zaczyna mnie odpychać.
 

 
jestem wściekła. kurwa, co mnie podkusiło, żeby wpierdalać się w związek na odległość. tak zależy mi, tak jest dla mnie ważny, kurwa aż za bardzo. ale to jest jakiś dramat. nie mogę kurwa się wkurwić na niego i zwyczajnie się z nim pokłócić, wygarnąć mu wszystko patrząc mu prosto w oczy, nie mogę się z nim cieszyć, siedzieć obok niego, całować, przytulać. nie mogę przy nim płakać, nie mogę przy nim nic. wszystko przez ten jebany internet, który wprowadza tylko nieporozumienia. sama nie wiem już co o tym myśleć. nie chce się poddawać, nie chcę odpuszczać, jednak mam wrażenie, że oboje już jesteśmy wykończeni, niszczy nas to, że tak wiele nie możemy. to powoduje napięcie, a ja już mam dość napięcia. ja je zniosę, bo go kocham. ale jest moment, kiedy zbudowałam większą emocjonalną barierę, strach przed tym, że nic z tego nie wyjdzie, spowodował że zaczynam podchodzić uczuciowo z większym dystansem, którego nie miałam wcale jak już tylko poczułam, że pragnę go najbardziej na świecie.
 

 
to jest tak popieprzone, że tego się nie da opisać. ja jestem tak popieprzona, że tego się nie da opisać i on jest tak popieprzony, że tego nie da się opisać. i dobrze wiadomo czemu się kochamy.
 

 
wiem, że mu zależy. ale boje się, że to się nie uda. boje się bo nie chce tego stracić. a zwykle tracę to co kocham.
 

 
jest jedyną osobą, której udaje się z trudnością, ale udaje się mnie poskromić. moja duma nie pozwala, walczy do samego końca, ale w pewnym momencie zupełnie oddaje się jemu. jest taki jak ja, tylko zdecydowanie lepszy w tą grę ode mnie, ma wyższy poziom i dobrze wie jak wygląda i funkcjonują te niższe, kocham to w nim. jest taki jakiego zawsze chciałam. o takim mężczyźnie z takim charakterem marzyłam, taki jest mi potrzebny by móc coś czuć.
 

 
brakowało mi cię. jesteś dla mnie taki ważny. nie wiem po co ja to sobie robię. to niby nie ma żadnego sensu, a ty potrafisz sprawić, że ja ten sens widzę, że ja w to wierze, że to ma szanse. czuję, że czegoś brakuję gdy cię nie ma. nie zostawiaj mnie nigdy.
 

 
nadszedł ten moment, pokłóciliśmy się, przeze mnie, przez moje chore domysły i to że daje się zmanipulować, dałam sobie wejść w umysł i zamieszać w nim, dałam wpłynąć na to wszystko w co tak bardzo wierzyłam. i teraz nie wiem co mam robić. czuje się fatalnie. jest cisza, a ta boli najbardziej. tyle godzin bez rozmowy z nim mnie dobija, choć moja duma nie chce się dać poskromić. nie ma go, domyślam się, co robi. i jestem zła, że dystans nie pozwala mi zwyczajnie do niego iść, wyjaśnić, przytulić, pocałować i uświadomić, że poniosły mnie emocje. że go kocham.
 

 
w dupie mam to, że komuś nie podoba się co robię. jeśli to robię, to znaczy, że tego chcę, i szanuje siebie, bo robię to co chcę, nie to co pierdolą mi inni, że jest poprawne. jeśli w swoim życiem nie kierujesz się tym czego sam chcesz, robisz wszystko to co mówią ci inni, to co dla innych jest coś warte, to sam dla siebie nie jesteś wart nic.